martedì 19 gennaio 2016

......................................



Moja żona podawała jak codziennie kolację więc uchwyciłem ją za rękę i powiedziałem:
- Muszę z tobą porozmawiać.
Ona skinęła tylko głową i zaczęła jeść spokojnie. Obserwowałem ją i dostrzegłem ból w jej oczach... ból, który kazał mi milczeć. Zdobyłem się jednak na odwagę i wydusiłem to z siebie:
- Chcę rozwodu!
Ona wcale nie wydawała się zaskoczona i spokojnym głosem spytała:
- Dlaczego?
Tego wieczoru nie rozmawialiśmy już więcej, ale ona przepłakała całą noc. Wiedziałem, że moja żona chciała wiedzieć co się dzieje z naszym małżeństwem, ale nie potrafiłem jej tego wytłumaczyć.  Moje serce ukradła inna kobieta... Magda! Już nie kochałem mojej żony, było mi jej tylko żal, czułem się winny i dlatego przygotowałem dokumenty o separację gdzie pozostawiłem jej dom, samochód i 30% naszego sklepu. Ona, kiedy to zobaczyła, zniszczyła wszystko, pozostawiając na ziemi tysiące małych kawałków papieru.
- Jak to?! Przeżyliśmy wspólnie dziesięć lat i dzisiaj jesteśmy niemal obcymi ludźmi dla siebie?!
Było mi strasznie głupio że straciła tyle lat przeze mnie, że kosztowało ją to tyle wysiłku, ale nic nie mogłem zrobić... do szaleństwa kochałem Magdę. Nagle, niespodziewanie, moja żona zaczęła krzyczeć i płakać, zaczął z niej wychodzić cały gniew i to że się zawiodła. Zaczęła docierać do jej świadomości idea rozwodu....
Kolejnego dnia wróciłem z pracy i zastałem ją w naszej sypialni za biurkiem, coś pisała; nie zjadłem nawet kolacji i położyłem się wcześniej spać... byłem zmęczony dniem spędzonym z Magdą. W nocy się przebudziłem i zobaczyłem moją żonę ciągle za biurkiem i ciągle coś piszącą... obróciłem się i usnąłem ponownie.
Gdy wstałem, moja żona przedstawiła mi swoje warunki separacji. Nie chciała domu, nie chciała samochodu, nie mówiąc też o naszym sklepie. Chciała tylko miesiąc, jeden miesiąc dla siebie, który miał się rozpocząć od jutra. Chciała byśmy w tym czasie żyli tak, jakby się nic nie wydarzyło, jej rozumowanie było nader proste.
- Nasz syn w tym miesiącu ma trudny etap w szkole i nie chciałabym go rozpraszać naszymi problemami.
Oczywiście się zgodziłem, ale ona miała jeszcze jedno życzenie:
- Musisz pamiętać o dniu naszego ślubu, kiedy to wziąłeś mnie na ręce i zaniosłeś pierwszy raz do naszej sypialni. Przez ten miesiąc musisz robić podobnie, wynosząc mnie na próg naszego domu.
Pomyślałem, że straciła rozum, ale zgodziłem się.
Opowiedziałem o tym wszystkim Magdzie, która wybuchnęła serdeczym śmiechem, mówiąc:
- To nie ma żadnego znaczenia jakich sztuczek będzie używała twoja żona; powiedz jej, że jesteś już mój i niech to w końcu do niej dotrze!
Z moją żoną już od dawna nie współżyliśmy, więc kiedy pierwszego dnia wziąłem ją na ręce, oboje byliśmy nieco zakłopotani... natomiast nasz syn idąc za nami, bił brawo, komentując:
- Tato jest wspaniały; wziął mamę na ręce!
Jego słowa były dla mnie jak nóż wbity w serce; szedłem tak z żoną może z dziesięć metrów... ona zamknęła oczy i wyszeptała:
- Nie mów mu nic na temat rozwodu, proszę!
Skinąłem tylko głową, że oczywiście, ale nieco już zdenerwowany tą śmieszną sytuacją...  zostawiłem ją na progu, jak było uzgodnione. Ona poszła w stronę autobusu by udać się do pracy. Drugiego dnia byliśmy już bardziej na luzie; ona położyła swoją głowę na mojej piersi... mogłem potem czuć zapach jej perfum na moim swetrze. Zdałem sobie sprawę, że już od dawna na nią nie patrzyłem... postarzała się, zauważyłem sporo zmarszczek... kilka siwych włosów. Spore spustoszenie na jej twarzy poczyniła moja decyzja. Ale żeby tak szybko i aż do tego stopnia?!
Czwartego dnia, jak każdego ranka, biorąc ją na ręce, zauważyłem, że zaczyna się w nas budzić to co łączyło nas kilka lat temu... to była kobieta, która podarowała mi dziesięć lat swojego życia, swoją młodość, syna... i kolejne dni, zbliżały nas ku sobie coraz bardziej.
Z szacunku do Magdy, nie powiedziałem co się dzieje... z każdym mijającym dniem, coraz łatwiej mi było brać moją żonę na ręce a przez to i dni upływały coraz szybciej.  Pomyślałem sobie, że podnoszenie mojej żony przychodziło mi nader łatwo, ale czułem też, że staje się ona coraz bardziej lżejszą. Któregoś ranka, już przymierzyła sporo ciuszków, ale nic jej nie pasowało... żaliła się:
- Moje wszystkie ubrania są dla mnie za duże!
Spojrzałem na nią i stwierdziłem, że tak, schudła i chyba zbyt wiele... teraz zrozumiałem dlaczego czułem ją taką lekką. Pomyślałem, że to stan depresji, zadałem jej zbyt wielki ból i takie samo cierpienie.  Bezwiednie dotknąłem jej włosów; nasz syn niespodziewanie wszedł do pokoju:
- Tatku, czy aby to nie czas by mamę wziąść na ręce?
Moja żona przytuliła go mocno... odwróciłem gowę... w środku poczułem dziwny dreszcz, który przyczynił się do tego, że zacząłem zupełnie inaczej spoglądać na własny rozwód. Dla mnie branie żony na ręce, stawało się coraz częściej tym pierwszym razem... objąłem ją i czułem jaka była lekka i delikatna;  zacząłem płakać.
W ostatnim dniu naszego „kontraktu” zrobiłem to samo:
- Nie zdawałem sobie sprawy, że utraciliśmy naszą intymność.
Musiałem zawieźć mego syna do szkoły; żona została w domu. W drodze do pracy, jak zawsze przejeżdżałem obok domu Magdy... tym razem się zatrzymałem. Pobiegłem do niej na górę, uśmiechnięta otworzyła mi drzwi.
- Wybacz mi, ale nie chcę już się rozwieść z moją żoną!
Spojrzała na mnie bardzo źle:
- Oszalałeś?!
- Nie... ja kocham moją żonę... zbłądziłem, bo moje małżeństwo wydawało mi się nudne i ciągle takie samo... i tylko to nas oddaliło od siebie. Teraz dopiero zrozumiałem jakie w życiu są wartości, zrozumiałem to gdy miesiąc temu po raz kolejny wziąłem ją na ręce i że muszę to robić do końca moich dni.
Magda płacząc, wymierzyła mi zdrowy policzek i trzasnęła drzwiami. Zbiegłem szybko po schodach i po drodze kupiłem wiązankę róż. Kwiaciarka mnie spytała, co ma napisać na bileciku:
- Bądę cię brał na ręce tak długo, aż śmierć nas nie rozłączy.
Wpadłem do domu jak opętany, szczęśliwy biegłem po schodach do naszej sypialni, ale.... moja żona... leżała na ziemi! Nie żyła.
Walczyła samotnie z rakiem; ja natomiast byłem zajęty igraszkami z Magdą niczego nie zauważając. Moja żona wiedziała, że umrze i dlatego poprosiła o miesiąc zwłoki... chciała by nasz syn miał wspaniałe wspomnienia o swoich, kochających się do samego końca rodzicach, chciała by nasz syn wiedział jakim jestem cudownym człowiekiem.....

z netu; autor : nie znalazłam...podobało mi się, przetłumaczyłam,
                                                                                                                                             ale moje tłumaczenie nie zawsze jest  takie samo jak innych.

venerdì 18 maggio 2012

.:* Do mego przyjaciela Rządu. *:.

Tekst pisany w pierwszej osobie, nie dotyczy mnie, ale może dotyczyć każdego z nas… może....
Kłaniam się Rządzie.
Rządzie patrzę na ciebie w TV kiedy ściskasz dłonie swoim kolegom... twoje nieskazitelne ubranie, uszyte z materiału pierwszej klasy, tak doskonale pasuje do twojej figury, że wyglądasz niczym model na wybiegu. Ja spoglądam na moją bluzkę, jest czysta, ale ma kilka łat... to jest moja ulubiona. Prawdę powiedziawszy, nie mam ich więcej... tę kupiłam kilka lat temu na targu w sąsiednim miasteczku. Pamiętam jeszcze jak targowałam się ze sprzedającym, by zszedł z ceny chociaż o kilka złotych. Powinnam już pomyśleć o nowej, bo ta jest bardzo zużyta i nie grzeje jak kiedyś, ale nie mogę tego zrobić... nie mam zbyt wiele pieniędzy by sobie na to pozwolić i... tak bardzo przyzwyczaiłam się do jej starości; jej łaty napawają mnie dumą, bo to takie normalne, ludzkie... moja duma wyśmiana przez twoją zapchaną szafę, pełną najprzedniejszych ubrań.
Ej Rządzie! Gotuję obiad... nie wiem co mi z tego wyjdzie, bo namieszałam nieco z warzywami. Wiesz, muszę się zadowalać tym, co wieczorem wyrzucą z warzywniaków, jest tego niewiele, ale dodam więcej soli i wszystko na pewno będzie smaczne! Moje myśli biegną do kolacji, tej, którą zorganizowałeś, by ustalić ze swoimi kolegami jaka praca będzie najodpowiedniejsza dla twojego syna. Ja też zrobiłam kolację dla mojego syna... przygotowałam pizzę i do tego kupiłam jedno piwo, tak jedno piwo dla pięciu osób. Tego wieczoru udało mi się załatwić stałą pracę dla mego dzieciaka... szef warsztatu samochodowego obiecał mi, że go przyjmie, oczywiście na czarno. Problem w tym, że po kilku latach ten warsztat przestał działać, bo twój syn, siedząc za błyszczącym, jeszcze pachnącym fabryką, biurkiem, wprowadził nowe podatki, którym ten warsztat nie był wstanie się oprzeć.
Rządzie, czytałam o twojej pomocy dla nielegalnych emigrantów... słyszałam gdzieś, że chcesz nas zastąpić nimi i chyba zaczynam rozumieć dlaczego już nie otrzymuję dodatku inwalidzkiego. Wiesz, dzisiejszego ranka, zdobyłam się na wysiłek, na wielki wysiłek by dotrzeć na pocztę... nie miałam siły by iść, ciągnęłam za sobą moją chorą nogę; pamiętam kiedy straciłam pracę, pamiętam dokładnie wypadek, w którym straciłam zdrowie, ale nigdy nie dostałam żadnego odszkodowania za to, bo mój pracodawca wykazał, że to ja nie byłam uważna, nie ignorowanie podstawowych zasad bezpieczeństwa na budowie. Zadałam sobie pytanie, czy mój ex pracodawca nie jest przypadkiem kimś z twojej rodziny. I dzisiaj rano, na poczcie, nie dostałam mojej emerytury... nawet za wynajem mieszkania nie mogłam zapłacić. Może przyjąłbyś mnie w gościnę w jednym z twoich domów? Za kilka dni wyeksmitują mnie z tego mieszkania, wyrzucą na ulicę tych kilka moich łachów i kilka mebli niepodobnych do mebli... obiecuję, że jak mnie przyjmiesz do siebie, nie będę ci ciężarem, zrobię wszystko by zbyt wiele nie kaszleć, chociaż to będzie trudne... zbyt wiele toksycznego kurzu w moich płucach, ale... gdybyś mógł mnie gościć w jednym z tych domów nad morzem, być może jod poprawiłby mój oddech.
Cześć mój przyjacielu Rządzie... chciałabym cię zaprosić na kolację, ale nie wierzę, żeby ci smakowała... niech ci się dobrze wiedzie, dobrze się ubieraj podczas chłodnych wieczorów, czego ja już nie robię... oddałam moją ciepłą kurtkę temu, kto ma gorzej niż ja... już się przyzwyczaiłam do chłodu. Kiedy wieje silny wiatr, taki bardziej mroźny, chowam się w centrum handlowym. Zamykam się w toalecie, ale przynajmniej siedzę w cieple podczas całego dnia.   

domenica 6 maggio 2012

.:* Autostop. *:.

Połykałam właśnie nadzianego dużą ilością kremu, ptysia, kiedy Bartłomiej, który dotąd nie przerywał swojej pracy, nagle zatrzymał się. Podniósł łopatę piekarniczą tak jakby to była włócznia rycerska służąca do konnych potyczek i spytał strasznie poważny:
- Nie zauważyłaś, że jestem blady?
- To nie jest bladość Bartłomieju, to mąka...
- Nie żartuj...
- Nie żartuję, masz ją także na szyi i uszach!
Wzruszył ramionami i energicznym ruchem otworzył piec; wyjął z niego, pięknie zrumienione rogaliki nadziewane nutellą... o mało nie zemdlałam na ich widok!
- A bo wiesz, dzisiejszej nocy miałem straszny sen... – powiedział, spoglądając w czeluść pieca oświeconą nikłym światełkiem.
Wiedziałam, że Bartłomiej zaraz wszystko mi opowie... czułam w kącikach ust smaczny krem ptysiowy, więc tym bardziej byłam przysposobiona na wysłuchanie tego, co miał mi do powiedzenia.
- Byłem na drodze, której nie znałem... była tak szeroka, że nie widziałem przeciwległego chodnika... i ja stałem tam, na autostopie.
- Autostop? Ty?
- Dziwne, prawda? Nikt nie chciał się zatrzymać i zabrać mnie ze sobą… byłem przygnębiony, bo pilnie musiałem dotrzeć do jakiegoś miejsca. W końcu po półgodzinych próbach, zatrzymał się karawan pogrzebowy, czarne kombi, wiozące trumnę.
- Och! – krzyknęłam, połykając jednocześnie, ostatni kęs ptysia.
- Kierowca otworzył okno i powiedział: „Jak pan widzi, tutaj z przodu jesteśmy już w komplecie... jeżeli panu nie przeszkadza, jest jeszcze miejsce w pustej trumnie...” Ja, w pierwszej chwili, nie wiedziałem co powiedzieć, ale... myśląc o tym, że tak strasznie się spieszę, przyjąłem propozycję. Gdy pomagali mi się usadowić, spytałem czy mogą zostawić otwarte wieko trumny, żebym mógł oddychać... nic innego nie miałem na myśli! Oni musieli postępować zgodnie z prawem, był też znaczny ruch na drodze, mógłby ktoś zauważyć, że w trumnie coś się rusza, dlatego nie mogli spełnić mojej prośby.
Bartłomiej wziął gorącego rogalika z nutellą i wcisnął mi go do ręki. Teraz nie miałam wyboru, musiałam zostać! Zdradziły mnie moje słabostki do słodyczy, do ciast szczególnie.
- Byłem w tej niewygodnej pozycji przez kilkadziesiąt minut... tyle, że zdecydowałem podnieść wieko, by zachłysnąć się świeżym powietrzem. Byłem pewien, że oni nawet by tego nie zauważyli. Pomimo wielu wysiłków, wieko trumny się nie ruszyło, było jakby przyklejone. W pewnej chwili poczułem, że samochód się zatrzymał, więc ja najpierw zacząłem mocno stukać w wieko trumny... potem wrzeszczeć, będąc pewnym, że o mnie zapomnieli. Niestety, nikt nie przyszedł mi otworzyć. Minęło kolejne dziesięć minut, kiedy z głosem organów, trumna się poruszyła, bo ktoś ją podniósł. Zacząłem uderzać w nią nogami i rękoma, krzycząc tyle ile miałem sił w płucach... odpowiedzią na moje wołania były tylko smutne głosy i płacz, które docierały do moich uszu. Pomyślałem... do diabła, przecież to jest pogrzeb! Oni się pomylili, żegnają niewłaściwą osobę. I kiedy myślałem właśnie o tym, ze strachem, który ściskał mi gardło, usłyszałem głos mojej żony, która zwracała się do kogoś:
- Poczekajcie, wydaje mi się, że słyszałam dziwny hałas pochodzący z trumny... być może mój mąż jest jeszcze żywy! Na Boga, otwórzcie! – Ja ponownie zacząłem wrzeszczeć, tym razem imię mojej żony, tak by usłyszała i otworzyła wieko. Ale niestety, usłyszałem, że obok niej, był jakiś mężczyzna, który ją uspokajał mówiąc iż ból po mojej stracie jest strasznym dla wszystkich, że jest trudno się z tym pogodzić, ale nie ma innego wyjścia.
Nie wiem jak to zrobiła ta kobieta, ale przekonała kogoś, by otworzono trumnę. Oślepiające światło spowodowało, że zamknąłem oczy. Próbowałem się ruszać, ale byłem jak sparaliżowany co nie pozwoliło mi otworzyć ust. Chciałem powiedzieć mojej żonie, że miała rację, że byłem żywy, że ma mnie stąd zabrać jak najszybciej. Nic z tego... usłyszałem ponownie ten męski głos, który spytał:
- Teraz jest pani spokojniejsza? Sama pani widzi, że pani mąż jest ciągle w tej samej pozycji w jakiej go położyliśmy. Ma ten sam radosny wyraz twarzy, bo zmarł w łasce bożej... nam pozostaje się tylko modlić za jego duszę.
Nie udało mi się ujrzeć twarzy mojej żony, oczy mi się nadal nie otwierały... ponownie poczułem ciemność nad sobą i lekkie uderzenie wieka. Śruby odpowiednio zabezpieczyły trumnę a ja poczułem taką nienaturalną ciszę.
Ja przestałam jeść a nutella z rogalika spływała sobie spokojnie na podłogę....
- Nagle poczułem, że moje serce przestało bić i krew się też zatrzymała. To jest naprawdę dziwne uczucie: kiedy jesteśmy żywymi, nie czujemy, że ona w nas krąży, ale gdy przestaje to robić, to tak jakby nam czegoś brakowało. Być może kiedy się przechodzi do lepszego życia, mózg jeszcze minimalnie kontroluje nasze odczucia. Czuje się mrowienie niemal na całym ciele i powoli chłód ogarnia nasze ciało. Akceptuje się wszystko z wielkim spokojem, bez strachu... tak jakby to było dla nas rzeczą oczywistą.
Trzymałam nadal w dłoni rogalika ze spływającą na ziemię nutellą nie wiedząc co powiedzieć.
- Ten koszmarny sen, nauczył mnie jednej rzeczy – rzekł wesoło Bartłomiej.
- Przestać się objadać tuż przed pójściem do łóżka – krzyknęłam!
- Wcale nie! Nigdy autostopem... lepiej na piechotę!